hate the rain
and sunny weather
1 2 3 4

pierwszy września.

Komentuj (9)
Zaraz zrobimy kawę. Wprawdzie nie mam kawy, filiżanek i pieniędzy, ale od czego jest nadrealizm, metafizyka, poetyka snów.
Budzisz się i męczy cię tętniący, zmęczony ból głowy - zwykle kojarzący się z niewyspaniem, ale przecież kładłaś się wcześnie i późno wstałaś. Kawą zmywasz z powiek śnienie i senne napięcie mięśni nienawykłych do ruchu. Drugą kawą podpierasz powieki, zwilżasz drapiące gardło, zmuszasz do ruchu ospałą krew żylną. Robisz mi nieporządek w chaosie. Wiatr w pijackim tańcu przestawia chmury na niebie. Szarość zagląda ci przez ramię, gdy w internecie wyszukujesz wiersze Świetlickiego. Przesuwa się po materiale sukienki, którą znajdujesz w szafie. Łapie za marznące dłonie, kiedy myślisz o kolejnym kubku czegoś ciepłego i cieście z malinami. Nie śnij się, nie śnij. W którymś śnie się utop tak ostatecznie i nie przyśnij się. A może nie obudziłaś się wcale?

{ Ernesto Sabato, to, niesłuchana od dawna płyta. No i kawa. Czternaście wpisów w sierpniu? }

drugi września.

Komentuj (11)
Lecz ludzie tak nie żyją, już podobno śmieją
się z ciebie, myszko, ludzie tak nie robią
i ludzie tak nie czują, jak ty, myszko, czujesz,
bo ludzie to nie ty, na pewno, ludzie to nie ty.
To deszcz, to jesień po raz pierwszy wystukuje mokrymi palcami wilgotną melodię na dachówkach. Pierwszy promień słońca, od tygodnia padał deszcz. Odnajdujesz wrzesień w jednym ze swoich ulubionych, miękkich swetrów. Wsłuchuje się w deszcze. Małymi łykami popija cytrynową herbatę, obiema rękami obejmuje kubek, próbując przegnać chłód. Siedzi skulony na fotelu, na którym zwykle siadasz. Próbuje czytać, balansując książkę na kolanie. A ty przyglądasz się temu wszystkiemu, gdy na twoich paznokciach schnie warstwa czerwonego lakieru. Może jutro będzie cieplej. Nie przeganiasz września. Kiedy szuka schronienia od deszczu i porywającego, przeszywającego chłodem wiatru - czemu miałabyś odmówić mu gościny?

{ Książka, herbata, czerwone paznokcie. Gorąca zupa dyniowa, na która miałaś ochotę od tygodni. Pierwszy promień słońca. }

dziewiąty września.

Komentuj (12)
O, noszę w sobie nieskończoność takich twarzy, jakby poczętych w tych krótkich błyskach. Nie wiem czyje, nie wiem gdzie, kiedy, nie wiem o nich nic. A żyją we mnie.
Chciałabyś móc już na zawsze zachować ciepłą, spokojną melancholię wzrastającą w tobie z każdym krokiem. Kojącą melancholię małych sklepów w bocznych uliczkach, kawiarni i błękitnego nieba. Odkrywaną z każdym postawieniem stopy na chodnikach tego wrześniowego, od paru dni nieturystycznego miasta. Oczy spotykają się w szybie. Nie da się zbyt długo trzymać w sobie uczuć, bo z czasem powszednieją i więdną. Nie da się - rytm tej myśli wybijają dzwony mijanego właśnie kościoła. Dźwięk przebija ciąg myśli, pourywane zdania rozbiegają się po głowie. ...tak to kotku wygląda i tak się to kończy. A gdy przechodzisz pod dworcem, światła mrugają niczym w scenie z kiepskiego horroru tuż przed zniknięciem bohaterki.

{ Przeciwbólowe tabletki i kawa. Świetlicki. Muzyka. }

dziesiąty września.

Komentuj (6)
Ponownie zwróciłem na przedwieczornym niebie. Ciemne sylwetki wieżowców pośród amarantowych blasków i katedr z mgły - i z wolna, w melancholijnych fioletach, które wyprzedzają orszak pogrzebowy nocy, zamierało miasto.
Senność przymyka zmęczone oczy, gdy kładziesz głowę na oparciu fotela. Opiera miękkie palce snu na powiekach i wtłacza śnienie w myśl. Ogarnia cię to dziwaczne uczucie, wrażenie, że świat chyłkiem ucieka z ram i wraca do nich dopiero, kiedy próbujesz skupić wzrok na poszczególnych jego elementach. Myśli okiełznałem czule. Nie ma cię tu. Zapach morza, który odnajdujesz w powietrzu i melancholijny deszcz w oddali pozwalają unosić się na muzyce, rozluźnić cząstki materii. Niech będzie chwała za ten czas. Jest taka piosenka, myślisz, ogień narasta w tobie jak głos, który ci towarzyszy. Wiatr, prócz wilgoci, przynosi delikatny płomień rozgrzewający ciało od środka. Ja mogę tak żyć...

{ Taka piosenka, jakaś piąta minuta. Zdany egzamin (w końcu). Pierwsze szkła kontaktowe. }

jedenasty września.

Komentuj (7)
Styczeń w mieście, kałuże z zimną wodą,
zmierzch się rozpoczął w południe.
Kilka kłótni, co stały się poważne
dopiero w czasie ciszy po nich.
W szare, jesienne dni łatwiej jest uwierzyć w to, że świat to jedynie niedbały szkic. Za oknem widzisz miękkie linie horyzontu, delikatnie wycieniowane rozmazanie drzew, zarys traw i chmur. Urojony deszcz zamalowuje podwórze na nieco ciemniejszy odcień szarości. Ciemne kanty kreślone z taką siłą, że koryta grafitowych rzek pozostają też na kartkach spod spodu. Ostre, grube linie domów i samochodów. Plamy śpieszących się ludzi. Czasami deszcze ścierają delikatniejsze linie i półcienie. Spływając po kartce, rozmywa kształty. Cały ten świat; bezkarnie przewlekła hipertrofia. Prędzej czy później papier wysycha. Po deszczu, być może, inna ręka dorysowuje nowe kanty, nowe cienie.

{ Senność, deszcz. To. Herbata. Muzyka. }

czternasty września.

Komentuj (5)
... ładna, ledwo muśnięta kosmetykami blada twarz, niezauważalnie przyćmiona ciemnym nalotem cierpienia, wzrok wbity nieruchomo w książkę. Przystanek, drugi, trzeci - kobieta nie przewraca strony.
Właściwie nie jest źle, najwyżej trochę smutniej niż zwykle. Może ciężej, melancholijniej. Chłód nie chce cię opuścić, nie przeganiają go swetry czy ciepłe herbaty. Wokół nie ma ludzi. Sen przyniósł nigdy nie przeprowadzone rozmowy ze zmarłymi i z tymi, którzy jeszcze włóczą się gdzieś po świecie - z upływem czasu echa słów stają się coraz bardziej odległe, ale coś z atmosfery śnienia chwyta się ciebie kurczowo, wczepione we włosy i mięśnie ciąży. Bóg stworzył świat dla potrzeb powodzi. Nad pewnymi słowami nie potrafisz jeszcze przejść do porządku dziennego, pewnego rodzaju napięcie nie chce opuścić twoich pleców. Trochę błąkasz się po domu, trochę wpatrujesz w okno. Nie ma rozmów odciągających cię od ponurości, kawiarnianych ucieczek od świata, kontroli nad ścieżkami skojarzeń. Zastępują je irytujące, zewnętrzne dźwięki piły, których nie tłumią ściany i okna, szarość, letnia kawa.

{ To nagranie. I właściwie nic więcej. }

piętnasty września.

Komentuj (10)
Jestem tak głodna zrozumienia, opieki, że poprzeczne bruzdy na moim czole zdają się układać w napis Welcome. Pomimo tej desperacji przy wejściu dokonuję ostrej selekcji, której właściwie nikt nie przechodzi pozytywnie...
To zabawne, jak niektórym łatwo mówić pewne rzeczy, z jaką łatwością ona mówi ci, że zmarnowaliście jej życie. Trochę szkoda tylko, że nie umiesz ani przejść nad tymi słowami do porządku dziennego, ani pozbyć się ich spod skóry. I że tylko w głowie układasz dialogi z nieistniejącymi ludźmi, w których na pytanie, czy wszystko w porządku, odpowiadasz zgodnie z prawdą i bez oporów, że chyba jednak nie. Jeśli bym była szukana; moje znaki szczególne to zachwyt i rozpacz. Zapadasz się do wewnątrz, w miękkość własnych tkanek, w szarość. Dopiero pod wieczór zmęczona desperacja poluźnia uchwyt palców zaciśniętych na twoim gardle i pozwala przełknąć coś poza trzecią czy czwartą już kawą. Jesteś już tylko smutno zmęczona, smutno obojętna. Na smutno pęka ci głowa i marzną dłonie. I właściwie co za różnica gdzie i z kim (o ile w ogóle z kimś) umierasz?

{ Sen. Książka. Właściwie tyle. }

siedemnasty/osiemnasty września.

Komentuj (4)
Sekret mojego przystosowania się do życia?
Zmieniałem rozpacze jak koszule.
I może racja, może są lepsze sposoby, żeby się rozgrzać. W ulubionych trampkach pękają podeszwy, chłód od paru dni wspina się po skarpetkach i nogawkach spodni i jakoś trzeba sobie z tym radzić. Ale co poradzisz na to, że ostatnio nikt nie ma czasu na to, by z tobą gdzieś umierać? Błąkasz się po świecie, może trochę grzęźniesz w rozmowach ze sobą i co z tego? Nic z tego. Kto raz wypadnie poza granice świata, pozostaje tam na zawsze. Wszystko jest odrobinę dziwaczne, trochę niemożliwe. I chyba nie ma w tym nic złego. Za oknem galopują chmury, galopują niczym puszczone wolno konie po różowo - fioletowej pianie trawy. Na języku zostaje chemiczny, spirytusowo - truskawkowy smak, o którym opowiadasz tej bliżej niezidentyfikowanej roślinie przyglądającej ci się znad doniczki. Marzą ci się zakupy. Gdzieś w tle odbywają się tomiki wierszy i nagrane koncerty.

{ Okulary przeciwsłoneczne. Dziwaczne napoje. Dwanaście Świetlickiego. }

dziewiętnasty września.

Komentuj (15)
jeszcze ciągle nie wiem dlaczego
nieobecna tułam się w wietrze
nikt nie chce mnie zauważyć
Wracając wczoraj do domu, widziałaś kobietę biegnącą do autobusu. Była raczej młoda, roześmiana. Mimo szpilek i łopoczącego płaszcza, biegła szybko. Ale ty najwyraźniej, najlepiej zapamiętałaś jej niesamowicie czerwoną sukienkę. Wyrazisty obraz zdaje się być wytatuowany na wewnętrznej stronie twoich powiek, wciąż pod nimi pozostaje. Była piękna, ta obserwacja podszyta jest ciężkim, nieprzyjemnym kłębem zbyt zielonych uczuć. Nie zostawia cię ta myśl, nie chce cię zostawić i to nie jest sprawiedliwe. Dlaczego nie ty?

{ Wczorajszy dzień. Hey. Pilch. }

dwudziesty pierwszy września.

Komentuj (13)
Droga wymyka się spod stóp
Miasto przechyla się przez mrok
Meteoryty suną w dół
Rozmyła się w kolejną noc granica snu
Wieczór rozciąga się niczym balonowa guma do żucia, potem kurczy się, a ty nie wiesz nawet gdzie podziały się te wszystkie godziny. Doskonale znika czas, doskonale i nie ma nic. Brakowało ci takiej błąkaniny bez miejsc docelowych, tematów przeskakujących przez siebie i przeplatających się niczym kawałki materiałów w patchworkowych wzorach. Na języku wciąż czujesz słodko goździkowy, rozgrzewający smak grzańca. Dobrze dobrana ścieżka dźwiękowa podąża za tobą ulicami, siada obok ciebie w autobusie. Jeszcze dalej trzeba iść! Tak trzeba! Tak trzeba! Myśl traci ostre kanty i bolesne zakończenia. Oczy odrobinę łzawią - dziwaczny efekt nagłej senności - a za miękką zasłoną wilgoci świat wydaje się jeszcze bardziej rozmyty i nierealny. Najlepiej widzę, kiedy zamknę oczy. Jest jesiennie, rumiano od czerwieniących się liści, jasno od wrześniowego słońca na chodnikach. Jest dobrze.

{ Grzaniec, książki, muzyka. I nawet topnienie finansów nie jest aż tak bolesne (no, może trochę). }

dwudziesty trzeci września.

Komentuj (13)
I nie urodziłem się niczym innym, tylko tym, czym jestem. I nie urodziłem się z pozorami. Tylko z nerwami. Z nerwami tuż pod cieniutką skórką.
Jesień zacieśnia wokół ciebie krąg, nie potrafisz już ignorować jej obecności. Liście czerwienią się rumieńcem intensywnym, bo ostatnim. Następuje ostatnia eksplozja koloru. Przestrzeń rozstąpiła się i wzdycha. Kałuże coraz trudniej wymijać - wracając do domu lawirujesz między tymi zdradliwie błotnistymi akwenami. Wiatr szumi w uszach, wchodzi pod kurtkę, nie pytają o to, czy wypada. Stopą nie dotykam już chodnika. A wilgotny chłód łapie cię za ręce i wiruje z tobą w szaleńczym tańcu. Obracacie się coraz szybciej i szybciej. Kontury świata zewnętrznego zacierają się, już niemożliwym jest odróżnienie kreski lasów od granatowej czerni nieba. Czas na brzegu szklanki tkwi póki co. Pewnie melodie towarzyszą ci na jawie i we śnie. Wraca do ciebie wrośnięta w tkankę podskórną muzyka, która - szczególnie jesienią - kreśli na skórze obrazy zadymionych, dusznych sal koncertowych.

{ Kawa i książka. Muzyka. Czerwone paznokcie. }

dwudziesty czwarty/dwudziesty piąty września.

Komentuj (11)
Adam patrzył z roztargnieniem, jakby nie było żadnego logicznego związku między nimi, ich wrzawą czy ruchami, a nim i wszelkimi doznaniami jego zrozpaczonego ciała, które wyolbrzymiało szczegóły...
Na jawie grzęźniesz w błocie, które pozostawia na twoich butach tajemnicze wiadomości zapisane jesiennym szyfrem, w snach - wędrujesz po rumianych dywanach liści. Ostatnie promienie zbyt wcześnie zachodzącego słońca rozszczepiają się na drzewach. Przestajesz widzieć wyraźnie, oślepia cię gra świateł błąkających się przed oczami. Narastający szum miesza się z muzyką zawsze obecną w twoich uszach - to wiatr nadchodzi zza horyzontu, ty myślisz o ruchach Browna, wiatr porywa liście do szalonego tańca. Ich ruch przypomina taniec kropek pojawiających się przed oczami od zbyt długiego wpatrywania się w słońce (początkowo Brown myślał, że drobinki materii poruszają się dzięki własnej woli). Plamy migoczą, poruszają bez ładu i składu. Świadome rosnącej szybkości swojego przemijania, kolory eksplodują. Występują chaotyczne przesunięcia cząstek koloidalnych. Wydaje się, że drżą. Wywołane jest to zderzaniem się cieni wykonującymi ciągłe bezwładne ruchy. Przenikają się światy. Gdyby Brown myślał, że dzięki własnej woli poruszają się nie tylko drobiny materii, ale i ludzie czy światy?

{ Tragedia polega na tym, że inspiruje cię dziedzina, której kompletnie nie rozumiesz, a więc nigdy nie wyrazisz tej inspiracji do końca. Ratują cię książki, piosenki i kolorowe paznokcie. }

dwudziesty szósty września.

Komentuj (8)
Zawsze byłem rozdarty pomiędzy moim upodobaniem do ludzi, powierzchownym rozgorączkowaniem a pragnieniem, by stać się równym owym morzom zapomnienia, tym nieumiarkowanym ciszom...
Jesień zawsze sieje w tobie ziarno pragnienia refleksyjnego obejrzenia się za siebie. Drobiazgi przywołują zaskakująco klarowne obrazy, sieci skojarzeń łączą się w przedziwny sposób. Niesłuchana od dawna piosenka to świeżo skoszona trawa w upalny, festiwalowy dzień. Słona wilgoć powietrza to setki lampionów obserwowanych wieczorem na rzece. Umarłem na żółtą febrę w bagnach Singapuru. Charakterystyczny zestaw przypraw - zajadasz się sajgonkami na straganie. Cień perfum - niemal siedzisz na stole pogrążona w fascynującej rozmowie. Goździki - miękka kanapa, muzyka, smak rozgrzewającego napoju na języku. Mokry bruk, kocie łby - nakładają się na siebie dziesiątki brukowanych uliczek, nocne powroty z koncertów, spacery, echa rozmów. Zarys sylwetki przypominającej ci kogoś, z kim od dwóch lat nie masz żadnego kontaktu - chwilę dajesz zwodzić się oczom, na moment twój puls przyśpiesza, a krew tak głupio szumi w uszach.

{ Zielona herbata. Trzynaście Świetlickiego. Senna, łagodna melancholia. }

dwudziesty ósmy września.

Komentuj (7)
jak się czasami zdarza
że jestem w nastroju nieprzysiadalnym
tak się zdarza zazwyczaj
że jestem w nastroju nieprzysiadalnym
Budzisz się w szarości i fakt ten, dla odmiany, nie wpędza cię w ponure nastroje. Z łóżka wstajesz powoli i nieśpiesznie, w twojej głowie sennie przeciąga się kot. Deszcz z uwagą zmywa świat, by potem ponownie nakreślić jego zarys za twoim oknem. Jeszcze nasycam się powietrzem. Nastawiasz ukochaną płytę, siadasz na kanapie z książką i kawą pod ręką. Wsłuchujesz się w cichy pomruk świata, w muzykę po raz wtóry powodującą gęsią skórkę. Przeciągasz się niczym kot tkwiący w twojej głowie. Bierzesz kubek w ręce, kolor lakieru do paznokci przywodzi na myśl czerwień jabłek, kawa smakuje sennie i listopadowo. W tym świetle cienie kropel kapią ci na ręce. Jeszcze pocieszam się, że jestem. Zastanawiasz się przelotnie, czy kot mieszkający w twojej głowie, powstające w niej alternatywne światy, nie są przypadkiem pierwszym objawem szaleństwa? Ale na szczęście zza chmur wychodzi słońce, w tobie wzbiera coś, w tobie wzbiera jakaś nerwowość czy ekscytacja - w końcu jesienne słońce tak pięknie rozświetla rozmazany deszczem świat. Później, późnym popołudniem...

{ Świetlicki i Rogucki. Kawa. Czerwone paznokcie. }

dwudziesty dziewiąty września.

Komentuj (13)
This one moment when you know you're not a sad story. You are alive, and you stand up and see the lights on the buildings and everything that makes you wonder. And you're listening to that song and that drive with the people you love most in this world. And in this moment I swear, we are infinite.
Jesień to wiatr, który wymiata spod kanap i szaf warstwę przykurzonych wspomnień. Wracają do ciebie niedokończone rozmowy, rzeczy zapomniane w ciągłym pośpiechu przemieszczania się z jednego miejsca na drugie, niemal filmowe kadry zatrzymane w twojej pamięci. Nie jesteś pewna, czy lubisz tę właściwość jesieni - w końcu pewne wspomnienia są jak niechciany przedmiot, który rzuca się na dno szafy, nie potrafiąc lub nie mogąc go wyrzucić. Otóż: w jakiś sposób nie byłam ci wierna, byłam zajęta w innych miejscach, w innych ludziach... Tym razem zamyślasz się nad szklanką wody, bo przypomina ci się chłopiec z książką twojego ulubionego autora w ręce. Wciąż pamiętasz zdziwienie na widok okładki. Zaciekawienie, bo była to chyba pierwsza pierwsza książka, którą chował przed tobą. Pośpiech, bo gdzieś się śpieszyłaś, dokądś pędziłaś. I, mimo że rzadko ciągnęłaś go za język, postanowienie, by zapytać kiedyś o nią. I było to ostatnie czy przedostatnie wasze spotkanie, bo zdarzają się i takie sytuacje. Prócz ciebie miałam pory roku, zwierzęta, drzewa, wojny, dzieci, wielką przestrzeń do ogarnięcia. Tymczasem obracasz w dłoniach szklankę, mimo pragnienia nie podnosisz jej do ust i myślisz, że chciałabyś spotkać go jeszcze i - może po drugim piwie, bo jest to kompletnie nie w twoim stylu - przyznać się, jaką straszną słabość masz do jego wspomnienia.

{ Nowe buty i nowy lakier do paznokci. Zielona herbata. Ciepły sweter. Dwa dobre filmy. Boże, muszę w końcu kupić fartuch. }

2018
czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2017
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2016
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2015
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2014
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2013
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2012
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2011
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2010
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2009
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2008
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec

Claudia & Thecorations.eu.