hate the rain
and sunny weather
1 2 3 4

trzeci lipca.

Komentuj (3)
To już byłby koniec tego zasranego świata, gdyby ludzie podróżowali pierwszą klasą, a literatura wagonem bagażowym.
Wiesz o tym, że deszczowe popołudnia są tym, co chroni pociągi przed wykolejeniem. Siedzisz więc, wdychając zapach deszczu. Przyglądasz się kroplom nieuchronnie opadającym na ziemię, zastanawiasz się leniwie, czy dałoby się je zliczyć. Nigdzie nie śpieszy ci się, gdy ściana deszczu oddziela cię od parasoli w ponurych barwach i ludzi uciekających przed deszczem. Gdyby burza nie skończyła się wcale, mogłabyś utknąć na przystanku autobusowym z książką w dłoni i już nigdy nigdzie się nie śpieszyć.

{ Nic ci się nie chce, kończysz książkę. Masz różowe paznokcie. I znowu za dużo wydajesz. }

czwarty lipca.

Komentuj (10)
A jej myśli, jej słowa - ślady szpilek na asfalcie, niedopałki papierosów, odblaski na karoseriach samochodów, strony czasopism, na których są tylko zdjęcia nieznanych kobiet.
Niebo nakłada się na ziemię, gdy idziesz przez ciemną, ciemną trawę, na której odbija się czasem pomarańcz i biel sztucznych świateł. Trzyma cię hałas, oplata cię i owija. Tylko czasem jest to znajoma wrzawa, głośność noszona z łatwością, niczym druga skóra. Częściej to mrowisko, ponury niepokój napierającego chaosu, ruchy Browna - to nie jest twoje zamieszanie, nie twoje myśli odbijają się na twarzach mijanych ludzi. Entropia wzrasta, świat się zbliża. Słowo tryboluminescencja pozostaje na języku, głoski są słodkie niczym kostki cukru i ciepłe. Zjawisko fizyczne, nieokiełznany tłum napiera, w którym światło powstaje podczas deformacji ciała, zbliża się i niszczy przestrzeń osobistą, pękanie, zbliża się coraz bardziej, ścieranie, bardziej łamanie. Rozbija błony bębenkowe i zakończenia nerwowe. Mechanizm tego zjawiska jest nieznany, najprawdopodobniej ma związek z pękaniem wiązań asymetrycznych w ciałach o strukturze krystalicznej. Bo to nie twoje miejsce, myślisz, gdy - posłuszna protestowi wzburzonej krwi - siadasz na autobusowej podłodze. Bo do ciebie może należeć tu jedynie gra świateł na nocnym niebie.

{ Koncert. Skończona książka. A łapiący cię za rękę smutek to jedynie efekt hormonalnych wahań. }

dziewiąty lipca.

Komentuj (14)
W istocie jest jedna historia. Spod wszystkich, leżących jedna na drugiej jak w zbiorowej mogile, opowieści przyświeca jedna żywa opowieść.
I tylko czasem za gardło łapie cię ponure przygnębienie. Wtedy wychudzony wilk melancholii przechadza się po okolicy, wchodzi pod twoje dłonie. Między palcami przesuwa się miękka, przybrudzona sierść, smutek przesuwa szorstkim językiem po policzku. Gdy dyszy do ucha, ty spomiędzy jego oddechów wyczytujesz kujące opowieści o dojmującej samotności, odrzuceniu, nie sprostaniu oczekiwaniom, pustce. I coś się w tobie zamyka, nagle nie możesz oddychać. I coś się w tobie otwiera, rany zawsze jątrzą się. Coś rozsadza kości od środka, testuje wytrzymałość żył, gdy wietrznie obecny w twojej głowie wilk nie odrywa od ciebie żółtych ślepi.

{ Ale koncert Nicka Cave'a na Open'erze wciąż tkwiący w pamięci. Zbliżający się festiwal w Jarocinie i słońce nad głową. I zazwyczaj jest dobrze. }

trzynasty lipca.

Komentuj (16)
Lawyers, doctors, plumbers,
they all made the money.
Writers?
Writers starved.
Writers suicided.
Writers went m a d.
Chmury przesuwają się po niebie, pozostawiając po sobie grafitowe smugi. Wiatr drażni czubki drzew, przywiewa, przynosi ze sobą pełne emocji krzyki dzieci i leniwe, sobotnie rozmowy dorosłych. Deszcz na chwilę przestaje zmywać szum liści z drzew czy chrzęst żwiru spod kół samochodów toczących się po niedokończonych ulicach. A ty na przekór ciążącym ci rękom i włosom, i kościom policzkowym, mijasz kałuże i trawy. W autobusie przykładasz czoło do szyby i zastygasz w bezruchu. Słuchasz. Take a litle walk to the edge of town, kusi cię ponury głos w słuchawkach. Patrzysz. Przyglądasz się siedzącym na walizkach smutnym kobietom z włosami przewiązanymi kolorowymi wstążkami, obcym twarzom, stoiskom z kwiatami, burym parasolom. Tęczowym paralotniom, szarym płaszczom, tatuażom nie do końca ukrytym pod marynarkami i koszulami ze sztywnym kołnierzykiem. Starym ludziom, dziewczynie posyłającej ci uśmiech znad napoju, zniszczonym blokom i przechodniom... A shadow is cast wherever he stands. Niedługo dogoni cię znajomy wilk, twój wilk, ty-wilk, niepokojów i lęków. Wkrótce powróci z zapewnieniami o tym, że jesteś i będziesz sama, zawsze za grubą warstwą szkła i własnych ograniczeń, z wygłodzonym wilkiem jako jedynym twoim towarzystwem. Na razie jednak starasz się o nim nie myśleń, nie wypatrywać jego cienia na asfalcie czy trawie. A zza chmur wychodzi słońce.

{ To i to. Basen. Nowa książka. Niecały tydzień do Jarocina. }

osiemnasty lipca.

Komentuj (10)
Płonąc bez przerwy, cierpiąc oparzenia od samego środka, rozszerzające się niby sekretne dojrzewanie owocu, być pulsem płonącego stosu wśród niekończącego się morza kamieni, krążyć wśród nocy naszego życia ze ślepym posłuszeństwem krwi w jej zamkniętym obiegu.
Kiedy wyciągasz kartkę i ołówek, na twoją rękę opada ciężki materiał melancholii. Winisz grafitowe chmury i dni chłodne w ten wilgotny, niewakacyjny sposób za to, że twoje myśli upodobniają się do zbierających się nad głową kłębów pary wodnej. Ya can tell ya self ya dreaming buddy, but no sleep runs this deep. Ale słoneczne dni sprawiają, że coś innego się w tobie tli, coś, co trwale wrosło w ciebie i świat, coś. Niczym impuls, płomień niedający się objąć słowami. Rozdzierająca świat przepaść, trzęsienie ziemi. Zawadzasz o słowa pędzące, potykające się o siebie. Spadasz i chcesz pozostać w tym spadaniu, bo to jest twoje l'appel du vide. To pragnienie tak rozpaczliwe, że aż odbierające dech, zatrzymujące słowa pomiędzy strunami głosowymi, przedkładające pierwotny, zwierzęcy płomień zakończeń nerwowych ponad preferowane przez melancholię formy. Gubisz zdania, połykasz głoski. Nie możesz oddychać. Tylko w takich takich warunkach mogłabyś uwierzyć w istnienie czegoś większego, czuwającego nad tobą. Nie chcesz oddychać. Bo nie wiara w Boga, a pewność, że to świat wyciąga ku tobie ramiona, to puls ziemi dudni ci w uszach w rytm twoich własnych oddechów. Skowyt Ginsberga. Nikt nas nie uleczy z tego głuchego ognia, zapewnia Cortázar twoimi ustami - to przekonanie grzęźnie w twoich żyłach. I masz ochotę krzyczeć, i wrzeszczeć, i pisać po ścianach dopóki to trwa. Bo jak można nie znać, nie przeżywać takich trzęsień ziemi za każdym razem zaskakujących cię swoją intensywnością, intensywnością wychodzącą poza granice słowach. Nieuleczalni, zupełnie nieuleczalni.. Jesteś tak niemożliwie, niesamowicie pijana światem.

{ Srebrne paznokcie. Nie opuszczająca cię piosenka. Nagłe, dojmujące pragnienie. Chciałabyś się tam znaleźć. }

dwudziesty trzeci lipca.

Komentuj (8)
ja wściekły pies,
ja chwast i ja blizna,
i ja niechcianych słów
jedyna ojczyzna
Dziś jest dobrze (sekretny język melancholików, przyszłych i niedoszłych samobójców, których afekt zdaje się być czasem przepuszczony przez krzywe zwierciadło, którzy mówią dziś jest dobrze, pozostawiając w domyśle wczoraj i dziś, i przez większość czasu, kiedy to jest średnio albo bardzo, bardzo źle; dla was w supły wiążę słowa; kartka z pamiętnika chorego, odliczającego dni nie przy pomocy kalendarza, ale z użyciem cykli nawrotów i ustąpień uporczywych objawów, bo nie jest pewny wtorku czy dwudziestego trzeciego dnia miesiąca, ale potrafi odmierzyć czas spędzony na bezbolesnym oddychaniu czy bezsenne godziny; kundle, odmieńcy, śmieci, wariaci, obywatele degeneraci; przyjrzyj się tym słowom, dziewczynko, obróć je na języku, bo wstajesz z łóżka, nie pragnąc zakopania się w pościeli, a na twoich ramionach nie spoczywa cały świat, więc podkreślasz to uważnie, nie wiedząc, czy jutro z krainy snów będziesz wracać z równą łatwością).

{ Bo forma to tylko słowo. Nowa filiżanka, księgarnio - kawiarnia i książki. Jarocin. Spacer po Monciaku. }

dwudziesty dziewiąty lipca.

Komentuj (2)
Lie there, lie there, little Henry Lee
Till the flesh drops from your bones
For the girl you have in that merry green land
Can wait forever for you to come home
Mętne, zaparowane szyby są jak mgła, która otula cię wilgotnym materiałem melancholii. W ten deszczowy poranek biel pozostaje roztarta po niebie. Ta biel przegląda się w podłodze, odbija w niej, przecinana jedynie cieniami mebli i roślin. Czujesz się trochę jak postać zamknięta w ramach jednego z obrazów Hoppera, jak piosenka słuchana w półmroku, niedokończony wiersz. And the wind did roar, and the wind did moan. Wciąż jest w tobie coś z głodnego zwierzęcia, głodnego kolorów, i smaków, i dźwięków. Z pewną desperacją próbujesz otaczać się formą, treścią, zdobieniami, pięknymi rzeczami - nawet teraz, gdy paląca potrzeba zdaje się maleć do rozmiarów żarzącej się zapałki. A jednocześnie coś wewnątrz ciebie zamyka oczy, zwija się w kłębek. Coś (może dla odmiany nie wilk, a kot?) zakopuje się w tobie głębiej.

{ Henry Lee, Nicka Cave'a. Wychodzące spomiędzy chmur słońce. I właściwie jesteś szósty dzień na diecie. }

2018
styczeń
2017
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2016
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2015
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2014
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2013
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2012
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2011
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2010
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2009
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2008
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec

Claudia & Thecorations.eu.