hate the rain
and sunny weather
1 2 3 4

pierwszy czerwca.

Komentuj (7)
Chodź ze mną, zanim zobaczę, usłyszę piękno
Nigdy nie powiem Ci dość
Chodź ze mną, oni tak szybko nie pobiegną
zrobimy trochę na złość...
Cieszę się, że coś we mnie czasem nie godzi się na spędzanie dni, błąkając się po domu i rozdrapując wszelakie niezadowolenia. Że to coś, mimo senności sklejającej powieki i okrywającej myśli, wyciągnęło mnie z domu. Raz pozwoliło zaufać ciału, dać się pokierować swoim własnym krokom, wymknąć się z własnego świata, do wody, na basen. Czuć, jak rozpływa się gdzieś paleta niechęci i frustracji, jak woda rozrywa wiązania międzycząsteczkowe, niszcząc napięcia mięśni i tworząc nowe. Bo jest coś - o czym lenistwo zbyt często pozwala mi zapominać - niezwykłego w ruchu. Bo słowa są jak tłuste ryby – otwierają pyski, nie mówią nic. Bo decymetr, metr, ćwierć, pół, półtora kilometra.

{ Basen, jak widać. Myzyka i Książka dla Manuela, jak słychać. Kawa. }

drugi czerwca.

Komentuj (21)
"Z początku jest tylko jakiś zamęt, który można zdefiniować wyłącznie za pomocą słów; z tego zamętu wyruszam i jeżeli to, co chcę wypowiedzieć (czy też to, co samo chce się wypowiedzieć), ma dość siły, natychmiast rozpoczyna się swing, rytmiczne kołysanie, które wynosi mnie na powierzchnię, wszystko rozświetla, łączy ów zamęt i tego, który jest jego ofiarą, w jakiejś trzeciej instancji, jasnej i niejako fatalnej..." - Julio Cortázar
Szarobure, deszczowe dni igrają z rzeczywistością, burze łamią realizm tak, jak łamie się nieugotowany makaron - stopniowe napinanie struny, przeciągający się moment, w którym wszystko to można jeszcze powstrzymać, a potem trzask, ułuda oczu wpatrzonych w całość, dwa elementy pozostające w dłoniach i trzeci wymykający się z zasięgu rąk. Właśnie tak krople łamią struktury i zależności, świat staje się głębszy. Nasiąka niczym gąbka znaczeniami i konotacjami. Zrywy, fragmenty, strzępy szukające jakiejś określonej formy, rytmu. I plastyczna masa nastrojów, skojarzeń jedynie na wpół książkowych, i nikt nas nie uleczy z tego głuchego ognia, tego bezbarwnego ognia, pomykającego nocą przez rue de la Huchette. Nieuleczalni, zupełnie nieuleczalni. Czy rzeczywiście można podjąć tę grę i pisać (myśleć, mówić, żyć), nawiązując do słów, które tak łatwo wplatają się we włosy, wchodzą pod język? Albo inaczej, czy mogę odciąć się od tych, które ktoś wymówił lepiej, od wyrazów błąkających się pod skórą - nie mówić o głosie szepczącym Umarłem na żółtą febrę w bagnach Singapuru, rękopisach, które nigdy nie płoną, żonie Lota, o tym, że jeżeli buty uwierają - to dobry znak? Może rzeczywiście i pod tym względem pozostaniemy nieuleczalni?

{ Powieść. Seriale. Staram się, naprawdę się staram nie uciekać od ludzi. Kawa. }

ósmy czerwca.

Komentuj (13)
To days of inspiration,
Playing hookey, making something
Out of nothing, the need
To express-
To communicate,
To going against the grain,
Going insane, Going mad
Po co nam rzeczywistość, rzeczywistość w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, kiedy świat może wymykać się wszelkim kategoriom i podziałom? Jak można tego nie rozumieć i nie tęsknić, nie wracać do tego obrazu pulsującego pod skórą? Muzyka tak głośna, że aż wibrująca pod palcami. Nie o głośność chodzi, gdy świat drży, podłoga wygina się pod stopami niczym naciągnięta struna, a głos spływa wraz z ulewnym deszczem po szybach. Nie ma nic więcej, deszcz odcina, zamyka, pozbawia powietrze miejsca na cokolwiek poza dźwiękiem odbijającym się od wiązań łączących cząsteczki tlenu. Uh, we're chained, głos nie szepcze, a krzyczy - woda opływa świat w tym samym niemalże rytmie. Hey, must be a devil between, które zmywa paranoje, obsesje i lęki. Nie ma nic więcej. Racja, kompletnie nieuleczalni.

{ Bo właśnie ta piosenka. Deszcz uderzający w szyby. Słowa wspinające się po skórze. }

czternasty czerwca.

Komentuj (13)
Ale ty, który tak myślisz... Dlaczego mówisz "metafizyczne niebezpieczenstwa"? Istnieją przecież i rzeki metafizyczne, Horacio. Kiedyś rzucisz się w jedną z nich.
Forma łamie treści w chwili, w której próbuję znaleźć jakąś klamrę kompozycyjną, ogarnąć więcej niż jeden kształt. Tak to wygląda i wypadałoby zaakceptować w końcu myśl, że nie da się uciec od gęby inaczej niż w inną gębę. Słowa są tym, co odbija się od skóry, co podchodzi do gardła, mieszając się z posmakiem zielonej herbaty na języku. John's conscience would return to him in time... A jednak mimo wszystko, poranki zastają mnie wpatrzoną w kolory. Zielona "Gra w klasy", farby rozmyte na opakowaniu w dziwacznie pięknym splocie, czarny ekran. Szarawe plamy nieba za oknem. Myśl o słońcu rozpryskującym się na skórze i rozpływającej na niej melancholii. John only drabbled, he babbled and somewhat unraveled... Myśli rozpływają się, myśli unoszą się na wietrze, już słowa są bez sensu. Ale czasem nie da się uciec od bezsensu inaczej niż w inny bezsens, czyż nie?

{ Piosenka, która mnie gubi, o ile można to tak ująć. Książka. Pogodowe wariacje za oknem. }

szesnasty/siedemnasty czerwca.

Komentuj (10)
Absurdem jest, że to się nie wydaje absurdalne - enigmatycznie odezwał się Oliveira. - Absurdem jest, że kiedy wychodzisz rano i za drzwiami znajdujesz butelkę mleka, uważasz to za naturalne, bo to samo zdarzyło ci się wczoraj i zdarzy jutro. Ta stagnacja, to "niech tam", ten podejrzany brak wyjątków.
Są dni, które zaczynają się dziwnie, od nocnych majaków i mięśni protestujących na wspomnienie sennych ucieczek, i prowadzą mnie pod rękę przez odrealnione soboty. Chwile spędzane na półświadomym oczekiwaniu, otwarte okna i wiatr nieprzywodzący ukojenia. Fragmenty książek, w których budowane napięcie igra ze świadomością, że nie o akcje, a o kolejne dna spisanych rozmów chodzi. Momenty paniki, które chwytają bez konkretnego powodu, senne tęsknoty za euforiami nie będącymi ucieczką, szaleńczym biegiem nie do, a od. Słowa zapisywane na skrawku kartki czy nowy dokument na laptopie, które powstają, wyślizgują się spod palców tylko po to, by móc pozbyć się ich i być może zapomnieć, tylko z potrzeby podskórnych, napinających się strun. Naigrawająca się ze mnie muzyka, dzieci w koszulkach Barcelony, drżące w oczekiwaniu na deszcz owady. Świadomość, że gdyby tylko udało się tę wibrującą we mnie nerwowość skanalizować...

{ Nie ma naigrywać się, a naigrawać - jak łatwo wyhodować niepoprawny nawyk, zbudować błędny most między synapsami. Drugi kubek niesmacznej kawy ze świeżo otwartego opakowania kawy skłania do przerzucenia się na energetyzujące napoje i zielone herbaty. Niemalże-deszcz i książka dziwacznie na mnie wpływają - jak wszystko ostatnio. }

dwudziesty pierwszy czerwca.

Komentuj (9)
Skąd biorę owo c o ś ? Czuję jego istnienie, działa ono na mnie tak, jakby chciało mówić (...). Świat jest dla mnie pełen bezdźwięcznych głosów; czy zatem jestem jasnowidzącym czy też kimś, kto ulega omamom?
Czasami zwijam się w kłębek na samym dnie któregoś z moich dziwactw, małych obsesji. W deszczowe dni, kiedy prawie nie słychać uderzających o szyby kropli, jest cicho i przytulnie, a senne oczy rozmywają kontury. Nie tylko (także w noce gorączkowych poszukiwań, zachwytów niedających się wyrazić słowami i w chwile stworzone do utraty tchu), ale być może przede wszystkim wtedy najbardziej lubię zanurzać w nich dłonie. Zazwyczaj umiem nawet docenić to, że są to rzeczy tylko moje - obce i niezrozumiałe, nieistniejące nawet dla innych - i że trudno sprawić, aby obcy ludzie zaczęli cenić to, co jest dla ciebie najważniejsze. Więc przygarniam małe absurdy, okruchy wiedzy raczej bezużytecznej, książki, piosenki, filmy, nazwiska. Łapię, chwytam, poszukuję, bo time you enjoy wasting is not wasted. Bo czasem myślę, że mogłabym nie znaleźć, nie przeczytać, nie obejrzeć i nie poznać tak wielu rzeczy, na myśl o których coś wzbiera we mnie i jestem wtedy tak strasznie, strasznie wdzięczna.

{ Rent. Kolejna powieść. Spacery w deszczu. I znowu coś się mnie trzyma. }

dwudziesty czwarty czerwca.

Komentuj (14)
Już wtedy zdałem sobie sprawę, że szukanie jest moim znakiem, emblematem łażących po nocy
bez określonego celu, racją bytu tych, którzy niszczą kompasy...
Lubię półmroki. W tych momentach między dniem a nocą świat wydaje się szary, niemal czarno-biały. Kontury rozpływają się leniwie, przypominają o tym, co otacza mnie w tych rzadkich momentach, gdy nie mam na nosie okularów. Ciepły wiatr wchodzi we włosy, przenika przez materiał kurtki, szepcze o możliwościach i szansach. Rozmywa się zarys, ogólne znaczenie nie istnieje, nieliczne odłamki takie, jak samochodowe światła czy odbicia latarni wydają się być dużo bogatsze w barwy, zdają się chłonąć je i zasysać. Fragmenty doby, które zawsze są krótkie, zawsze dostrzegane przypadkiem i nieco nie po drodze. A potem tak cenione poczucie jedności kontaktu (unikajmy dużych słów), pozostawania w zgodzie ze światem. Wrażenia, że wszystko jest nieważne, niestraszne, a deszcz mruczy relax, just enjoy the ride - drobna nagroda za to, że się błąkam, przypatruję.

{ Fragmenty świata. Niewielki, acz niespodziewany zastrzyk gotówki, który mam zamiar prędzej czy później wydać na coś niepotrzebnego. Rozmowy. }

2018
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2017
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2016
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2015
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2014
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2013
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2012
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2011
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2010
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2009
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2008
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec

Claudia & Thecorations.eu.