hate the rain
and sunny weather
1 2 3 4

czwarty kwietnia.

Komentuj (7)
"... nasze życie jest jak pracownia artysty, pełne porzuconych szkiców, w których próbowaliśmy przez chwilę ustalić swoją potrzebę wielkiej miłości, ale nie pomyślałem, iż czasem, każdy szkic nie jest zbyt dawny, może się zdarzyć, że go podejmiemy na nowo i otrzymamy zeń dzieło zupełnie odmienne, może nawet ważniejsze niż to, któreśmy zamierzali zrazu." Marcel Proust

Podejrzewam tylko, że dobry nastrój jest jak przeszczep, który organizm uparcie odrzuca, nie chcąc zaakceptować tego, co jest dla niego dobre. I dlatego właśnie mam wszystkiego dosyć, na skraju mnie czai się multum negatywnych uczuć, które splecione są ze sobą na podobieństwo wielkiego, psychodelicznego kłębka, a pociągnięcie za jedno z nich zrzuca na głowę je wszystkie.
Gdybym tylko nie czuła się taka zmęczona, zniechęcona i przygnębiona. I gdybym nie miała tyle pracy...

{ My brain's down, just roll on a wave
- gonna end up with a headache like always...

Koncert w środę. Książki, które powoli, powoli już czytam. Nowy notes, który sobie kupiłam. Muzyka i ostatnio także Doctor Horrible's Sing Along Blog, który chodzi za mną i chodzi. I tyle innych rzeczy, na które po prostu nie mam już siły. }

piąty kwietnia.

Komentuj (4)
Życie roi się od szyb, by przebić głową
i wskoczyć prosto do ust Królowej.
Życie roi się od gwiazd, co niszczą oczy,
gnieżdżą się w lampie i w mózgu.
A to nie są szyby z cukru ani koce.
A to nie jest Królowa, co ma zmysł
pieszczoty, i wypluwa na bruk w kałużę krwi.
A to są gwiazdy, co się śmieją trzypiętrowo.
- Rafał Wojaczek
Nie umiem nazwać tego stanu, nie jestem w stanie nawet wyjaśnić, co mi jest. "Jestem zmęczona" - to najprostsze, najbardziej obszerne i jednocześnie ubogie określenia, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo słowa i tak nic nie wyjaśnią.
Chcę uciec, chcę szarpać się i krzyczeć. Wydrapać z pod skóry całą szarość, która krąży w mojej krwi, osiada w płucach i przytłumia wszechświat - zrobić coś, by choć na chwilę odpocząć od niewiedzy, od wszystkiego. Ale to nie jest możliwe, to nigdy nie jest możliwe, a ja mam akurat wystarczająco dużo siły, by pędzić przed siebie i uciekać przed samą sobą, aż w końcu dotrzeć do masy słów zaczynających się od zostawiającego cierpki posmak na języku "des" (destabilizacja, destrukcja, dezintegracja...). I to też właściwie nie miałoby znaczenia, bo nagle nie czuję się sobą ani żadnym ze zniekształconych w krzywym zwierciadle odbić mnie samej - w ogóle nie mogę się w tym wszystkim odnaleźć, bo to nie jest kwestia zamknięcia się w sobie, ale właśnie bycia poza sobą.

{ Everything will be okay at the end. If it's not okay - Jutrzejszy koncert. Kawa, którą lepiej byłoby ograniczać. Gorący prysznic. Ale to wszystko jest jakoś naciągane i strasznie dziwaczne, a ja nawet nie umiem wymyślić przyczyn, dla których rzeczywiście mogłabym w tej chwili się cieszyć... - it's not the end. }

szósty/siódmy kwietnia.

Komentuj (11)
Każdy w sobie nosi te miliardy gwiazd, gasnących powoli jedna po drugiej, zjadanych przez troski, choroby, nieszczęścia i kataklizmy, ale dużo ich – gwiazd, niezliczenie, miliardy i jeszcze ciągle nowe się rodzą, i może to jest to właśnie, co trzyma nas. Może to jest to, ten ciężki cud, za sprawą którego udaje się jednak wyleźć z mroków jamy na powierzchnię, i żyje się dalej. Świeci się dalej. Edward Stachura
Jest coś pięknego w idei koncertu. Jest coś niezwykłego, niemożliwego, wymykającego się z ram opisów. Muzyka tak głośna, że aż sprawiająca ból, który jest bólem i nie-bólem jednocześnie. Możliwość wykrzyczenia wszystkiego, wyrzucenia za siebie - choć na chwilę - kłębka nieprzyjemnych myśli i słów zostawiających gorzki posmak w ustach. Ucieczki poza i w siebie. Kontakt. Dźwięk, wibrujący w zakończeniach nerwowych i odbijający się echem w pracy serca. Energia, która otacza, opływa, przepływa. Poczucie rzeczywistości "tu i teraz", którego intensywność momentami czyni je nierealnym snem. Chwilowe zanurzenie w entropii, zgubienie wszystkich problemów, które zazwyczaj oblepiają skórę.
I właściwie nie wiem, czemu próbuję zawszeć w słowach, coś, czego opisać, nazwać się nie da. Ale próbuję.

{ A w serce moje wstąpił wiatr i tam on zamieszkał i szumi. Koncert - oczywiście. Pisanie - jak widać. Chwila, w której jest mi po prostu dobrze z samą sobą i całym światem. Obrazy, które chwilowo są zapisane na wewnętrznej stronie powiek i drobiazgi sprawiające mi przyjemność. }

jedenasty kwietnia.

Komentuj (8)
"P. ogarnia jedno z tych dziwnych wrażeń, jakie dopadają ją od czasu do czasu; to nieodparta potrzeba zatrzymania wszystkiego, co w jednej chwili jest w stanie ogarnąć zmysłami. Próbuje uporządkować swoje bezpośrednie odczucia, zidentyfikować je i uczynić z nich coś poznawalnego: a więc jest to (...) smak cynamonu, śpiew kanarka, fiołkowe światło w oknie..." - Julio Cortázar
Są rzeczy, które wydają się ważne (a to słowo nie zawsze ma pozytywne konotacje), ważniejsze od miliona innych, wyryte po wewnętrznej stronie czaszki i absolutnie niemożliwe do zapomnienia. Ale dni mijają, mijają i mijają, aż nagle orientujesz się, że to co, przyjmowałeś za oczywiste wcale takim nie jest. To, co zdawało się wytatuowane w pamięci stało się odległe nie o godzinę, tydzień, miesiąc, a o półtora roku. Wspomnienie wyblakło, wykrzywiło się i znikło.
I tylko czasem, zupełnie przypadkiem i całkowicie niedorzecznie, znajduje się coś na podobieństwo maczanej w herbacie magdalenki - cień zapachu, charakterystyczne wrażenie wilgoci na skórze, sposób, w jaki latarniane światło rozmywa się we mgle - co czyni wspomnienie niemal boleśnie obecnym nie tylko w przeszłości, ale i w teraźniejszości. Wtedy właśnie reminiscencja nie pozwala nam uwierzyć w to, że pochwycone obecnie wspomnienie kiedykolwiek wymknęło się z pamięci.

{ I feel like one who smiles, and turning shall remark,
Suddenly, his expression in a glass.

Ciepła, słodka kawa, która sprawia, że ciepło rozpływa się po brzuchu. Senność, dziwne sny i opowiadania Julio Cortázara. Muzyka. Senność. Wspomnienia, które wracają ze zdwojoną siłą, a to wyjątkowo nie jest zła rzecz. To, że ja wcale nie jestem zazdrosna o dziewczynę, która z nim rozmawia, co jest o tyle niepokojące, że naprawdę nic mnie z nim nie łączy... }

trzynasty kwietnia.

Komentuj (16)
When angry count four; when very angry, swear. - Mark Twain
Ktoś rozciąga szarość niczym plastelinę, by obejmowała nie godziny a dni. Niewidzialne palce układają ją tak, by pokrywała każdą chwilę równomierną warstwą koloru będącego gdzieś w połowie drogi między grafitem a bielą, co sprawia, że doby stają się jednostajne, monotonne i nie takie.
I tylko czasem, w najcieńszym fragmencie szarości między chmurami świeci słońce. Wtedy otwierasz szerzej oczy - na poły ze zdziwieniem, na poły z pewnością (bo przecież już dawno tak powinno być) i chłoniesz ten obraz z cichą nadzieją na zmiany. A potem wychodzisz, licząc na nadejście wiosny. Próbujesz nie zmarznąć w za cienkim płaszczu i bardzo starasz zmaterializować kołdrę i kubek gorącej kawy. Właśnie wtedy czas, gdy słońce rozgrzewało ci skórę i nadawało światu bajkowe odcienie, wydaje ci się kolejnym dziwnym snem.

{ Rozmawiałam z nim dzisiaj przez krótką chwilę. Kupiłam kolejną książkę za cztery dziewięćdziesiąt, zjadłam garść winogron. I ciężko jest mi się na tym skupić, bo frustracja rośnie i narasta - ale jak nie być złym, gdy jedynym argumentem, który słyszę od nich jest "bo tak"? }

piętnasty kwietnia.

Komentuj (12)
W ogóle bez "potem". Przez chwilę nie było nic poza "zawsze", a ja nie wiedziałem, że to wszystko nieprawda, że tak czułem, bo zgubiłem się w muzyce, i że jak tylko się zatrzymam - no bo przecię w końcu musiałem pozwolić, żeby Hal wyżył się jakoś na tym swoim fortepianie - w tej samej sekundzie polecę głową na dół w głąb siebie... - Julio Cortázar
Słońce wyszło, pojawiło się i jest, a słowa wymykają mi się z rąk. Ale jak mogłabym pochwycić, wyrazić to wszystko, co miesza się we mnie i poza mną, co jest wielkim, niekończącym się biegiem, przy czym ja nie mogę się zatrzymać?
Cortázar wyrywa mnie z rzeczywistości prosto do swojego świata - nieświata opowiadań. Teraz jest to "Pościg", teraz jest to wspomnienie ledwo, co skończonego opowiadania, od którego muszę odpocząć i przez które nie mogę usiedzieć w miejscu. Wszystko to jest niecałkowicie realne, krążące (pędzące) między nierzeczywistością a którymś z kolejnych wymiarów, to właśnie sprawia, że z książką w dłoniach jest się zawieszonym między fascynacją a napięciem i nic się nie liczy. Nie, to nieprawda - "nie liczy" nie jest właściwym określeniem, bo wszystko (pragnienie, głód, potrzeba wstania, wyjścia) jest realne i obecne, ale ty gdzieś poza sobą podejmujesz decyzję o poczekaniu do końca słowa, zdania, strony, w rezultacie kończąc dokładnie w miejscu, gdzieś kończy i tekst. A potem wypełniasz te wszystkie czynności, które ciążyły ci w trakcie czytania, ale tekst (który nie skończył się, przynajmniej nie do końca, jakkolwiek dziwnie to brzmi) podąża za tobą jak cień.
Za oknem jest idiotycznie słonecznie. Idiotycznie, bo wstrętny pozimowy krajobraz wydaje się dziwnie urokliwy właśnie ze względu na nowe odcienie i barwy. Młode liście doniczkowych roślin przybierają mój ukochany kolor (który zawsze zdaje się być samą esencją koloru), a ja nie mogę się zdecydować, gdzie chciałabym siedzieć. Uciekłam zza własnego biurka (od promieni oblepiających kark, bólu głowy, trudności w odczytaniu czarnych liter na błyszczącym od słońca papieru) do salonu (do bólu głowy, zimnych palców, zbyt umiarkowanego światła i radia) i nie jestem pewna, czy była to dobra decyzja.
Muzyka przepływa przez pokój, pozostaje w głowie, a ja jej słucham, naprawdę słucham (słyszę), tylko, że... Tylko, że we jest inna, nieuchwycona do końca melodia, którą wygrywa puls, szum krwi i szalejący pęd tego czegoś we mnie, co sprawia, że naprawdę nie mogę się zatrzymać.

{ ... poszukuje emocji krótkich, ostrych, natychmiastowych, rąk skandujących rytm, rozanielonych twarzy, dreszczy po skórze, muzyki, która łączy się z krwią, z oddechem i kropka.
Słowa wymykające się z rąk. Herbata, której dzbanek zrobiłam i mam. Fakt, że przyśniło mi się pisanie (?). Opowiadania Cortázara, nowy notes i muzyka. Energia, w którą po części nie mogę uwierzyć i której zniknięcia się obawiam. }

dwudziesty trzeci kwietnia.

Komentuj (5)
Skąd to zmęczenie w nas każdego rana
Jakby każda noc była nie przespana. - Ernet Bryll
Świat wydaje się dziwnie nierzeczywisty - sny są dziwnie realne, a dni mieszają się między sobą. Koło mnie stoi dzbanek zielonej jaśminowej herbaty, zatoki pulsują bólem. Frustracja krąży w żyłach, nie do końca wiem, co z nią zrobić. Brakuje mi chwili chłonięcia rzeczy całą sobą, a nie udaje mi się to - może to dlatego, że nie potrafię skupić się na dłuższą chwilę?

{ Ludzie o szerszym intelekcie wiedzą że nie ma ostrej granicy między tym co realne i nierealne... - Wspomniany już dzbanek herbaty. Książki. Krzyżówki. Ipod. }

dwudziesty siódmy kwietnia.

Komentuj (8)
"Jeżeli buty uwierają - to dobry znak. Coś się tu dzieje, coś, co nas wskazuje, co głucho nas ustawia, co nas określa. Dlatego potwory cieszą się taką popularnością, dlatego gazety rozwodzą się nad cielęciem o dwóch głowach. Jakaż okazja, cóż za możliwość wielkiego skoku ku innemu."
- Julio Cortázar
Senność przepływa między palcami, opływa przysypane piaskiem oczy i najbardziej niesforne z kosmyków włosów. Kawa pozostaje na języku. Nie mam na nic siły. Chciałabym zatopić się w którejś z moich książek, ale do żadnej z nich jakoś wyjątkowo mnie nie ciągnie. Coraz częściej mam wrażenie, że tląca się we mnie wiosenna energia ulega licznym reakcjom, by w ostatecznym rozrachunku zredukować się do złości. A ja nie chcę być zła. Wolałabym zaszyć się w fotelu z, dopiero co zakupioną, zieloną herbatą i tomikiem wierszy (bo właściwie dlaczego nie?) i siedzieć tam, dopóki w końcu nie uda mi się wyjść gdzieś z przyjaciółką i do końca zapomnieć o zimie. Na razie mogę słuchać muzyki, podziwiać zadziwiająco dziewczęcą bluzkę w kwiatki, którą mam na sobie i zastanawiać się, za co właściwie powinnam się teraz zabrać.

{ Nothing revives the past so completely as a smell that was once associated with it... - Może właśnie dlatego rzeczy, które zdawały się nie mieć znaczenia powracają niemalże żywe, a tego, co tak bardzo chciałabym wyłowić z pamięci nie jestem w stanie sobie przypomnieć? Ale: Olaf Deriglasoff, który chodzi mi po głowie. Książki. Zielona herbata. Nowa bluzka. }

2018
styczeń
2017
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2016
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2015
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2014
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2013
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2012
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2011
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2010
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2009
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2008
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec

Claudia & Thecorations.eu.