hate the rain
and sunny weather
1 2 3 4

siódmy grudnia.

Komentuj (7)
Dear God, life ain't kind
People gettin born then dying
But I've heard there's joy untold
Lays open like a road in front of me
Dziwnie jest, dziwnie. Dni wymykają ci się z rąk, coraz więcej jest rzeczy, które dzieją się jakoś lub nie wydarzają się wcale, a ty potrafisz jedynie przyglądać się im się dziwnie obojętnymi oczyma. Melancholia owija się wokół twojej szyi, dławi cię tlen. Wschody słońca nie wydarzają się w ogóle, przedświty płynnie przechodzą w wieczory - w tym świecie nie ma miejsc na popołudnia. Ze mną można tylko w dali znikać cicho. Może to w tobie nie ma miejsca na słoneczne południa, może oczy zamykające się i ciężkie od melancholii nie są przyzwyczajone do jasnych świateł i ciepłych uśmiechów? Może to gra i właśnie przegrałaś kolejną rundę, nie umiejąc przekonać nawet samej siebie do tego, że gdzieś jest twoje miejsce, jacyś ludzie dla ciebie, imprezy i niewstrętne drinki? Ja cóż, włóczęga, niespokojny duch, ze mną można tylko pojść na wrzosowisko...

{ Czekolada, herbata i nowa książka. I tyle. }

trzynasty grudnia.

Komentuj (7)
I drive on her streets 'cause she's my companion
I walk through her hills
'cause she knows who I am
She sees my good deeds and she kisses me windy
I never worry,now that is a lie.
Piosenki to nie psy, nie łaszą się do twoich nóg, nie zmykają sprzed oczu z podkulonym ogonem. Może potrafią się czasem przypałętać, wrócić za tobą do domu, wykazując się niemal psią wiernością. Ale to tylko przypadek, złudzenie, które prędzej czy później mija. To wszystko i tyle. Under the bridge downtown, I could not get enough. Ale, w takim razie, czemu ta piosenka wraca do ciebie, a właściwie nie do końca do ciebie, czemu wlecze się za nim ciągle i wciąż? To musi być coś na kształt złudzenia optycznego - niektórzy widzą łuk w miejscu linii prostej, rozbieżności w wielkości identycznych kwadratów, ty dostrzegasz jakiś zabawny schemat czy regułę w tej zaskakującej powtarzalności. Lonely as I am, together we cry. Piosenka pakuje się w twoje życie i domaga się personifikacji. Więc posłusznie spełniasz jej życzenie, bo cóż możesz zrobić?, piosenka zyskuje twarz, imię. A ponieważ absurd zawsze jest motywem przewodnim waszych studenckich wypadów, gdy ta sama melodia przebija się przez gwar waszych rozmów, ty zerkasz tylko w jego stronę i właściwie strasznie cię to wszystko bawi. I never worry, now that is a lie.

{ Pub. Książka. Grzaniec i nowa bluza. }

piętnasty grudnia.

Komentuj (4)
Ileż energii trwonimy na ukrywanie się jedno przed drugim, w tej naszej obawie, że zostaniemy rozpoznani.
Bo to jest trochę tak: dziesięcioletnie dziewczynki nie znikają samoistnie w chwili zdmuchnięcia jedenastej świeczki z tortu, ale tkwią w wielorybim brzuchu, tej kiepskiej metaforze o skórze z każdym rokiem coraz grubszej. Nie dają się strawić, ani na dobre zapomnieć, bo chór jedenasto-, dunasto-, dziesięcioletnich głosów odbija ci się echem w najmniej sprzyjających ku temu momentach. Wracają, gdy otwierają się domowe albumy, a w powietrzu unosi się ale mieliśmy kiedyś fajne dziecko, gdy obrazy wszystkich poprzednich świąt nakładają się na siebie niczym obrazy w znalezionym przypadkiem kalejdoskopie. A ponieważ drzemie w tobie przekonanie, że wysiłek, który wkładamy w znalezienie dla kogoś prezentu jest przeważnie wprost proporcjonalny do głębokości relacji, mała dziewczynka spycha cię z krzesła i zajmuje twoje miejsce przy biurku. Marszczy nos, gdy miast cieszyć się z samej idei prezentu, żałujesz, że maksimum zaangażowania to zazwyczaj wystosowana w tygodniu przed świętami prośba o linka do prezentu, tytuł książki, którą można by kupić w empiku (bo do innych sklepów za daleko) czy subtelna sugestia, że datę wymiany paczek najlepiej byłoby przesunąć na termin mocno poświąteczny. Czujesz się wyjątkowo dziecinnie, ale ta mała dziewczynka teraz, wczoraj, dziesięć lat temu, wyczekuje dowodu na to, że komuś na niej zależy, a ty nie nabierzesz do niej dystansu, póki nie leży dziesięć metrów pod ziemią, pochowana pod stertą ważnych spraw.

{ Myśli pojawiające się, jak zawsze, nie w porę. Kalendarz, który sobie sprawiłaś. Pierniczki, które sama upiekłaś. }

dziewiętnasty grudnia

Komentuj (4)
...nie ma bardziej zabójczych substancji niż te, które przenikają wszędzie, które wdycha się, nie wiedząc o tym, w słowach, w miłości, w przyjaźni.
Przejeżdżasz przez sopocki wieczór, który jest deszczowy, oświetlony niebieskim światłem i absolutnie nierealny. Niemożliwe do opisania wrażenie, że świat wokół ciebie jednocześnie nie istnieje i jest, na dobre zadamawia się na siedzeniu pasażera. Czasami wstaję o świcie i nawet moja dusza jest wilgotna, zdanie, które chodzi ci po głowie, powtarza się niczym zapętlona piosenka. Zaskakująco listopadowy deszcz spływa po szybach, w każdej kropli mieni się odbicie świątecznych świateł. Siedzisz za kierownicą, wszystko poza autem przypomina parodię świątecznego teledysku. Moja niechęć wzmaga się z ospałymi zmierzchami. Ale noc przychodzi i zaczyna śpiewać mi. Ale Neruda w głowie, One Republic w głośnikach, ciąg dziwacznych wiadomości, echo śmiechu i wszystko inne. Jest pięknie.

{ Dziwny nieład myśli. Jesień za oknem. I kawa. }

dwudziesty pierwszy/drugi grudnia.

Komentuj (0)
Znów zaczęłam myśleć, a to jest czynność, która w zestawieniu z moją osobą daje jak najgorsze wyniki.
Oglądanie trzeciego z rzędu musicalu pozbawia rzeczywistość realizmu. Ciężko jest wierzyć w ostre kanty i wyraźne kontury, gdy muzyka mości się na siedzeniu pasażera, zerkając pobłażliwie na twoje zaparowane okulary. Dziwacznie jest. Deszcz pada, a ty próbujesz uporządkować myśli, z dosyć kiepskim skutkiem, z resztą. Na zbyt małych powierzchniach ciężko jest wykonać krok do tyłu, by nabrać dystansu, bez przestrzeni ty to nie dorosła istota ludzka, a gryzący po kostkach strach przed ludźmi podchodzącymi zbyt blisko. Ciężkie rozmowy, w których przestrzeń między literami jest za mała na oddech, ale wciąż zdolna pomieścić eony nieporozumień, z definicji kończą się źle i nagle jesteś tak strasznie zmęczona tym wszystkim. Dławi mnie tlen. Prędzej czy później, nie ma to znaczenia, w końcu i tak lądujesz sama przed kartką papieru, w niej się próbujesz na nowo odnaleźć.

{ Jej telefon. Basen. Są godziny, kiedy na wszystko jest za późno bądź za wcześnie. }

dwudziesty trzeci grudnia.

Komentuj (3)
To pewne: ten ptak - sroka
próbuje mnie okrążyć
i osaczyć, dzień w dzień
zatacza coraz mniejsze kółka
i skrzeczy: buddyzm, materializm
Skóra to narząd jedynie na pozór ochronny, jest o długość godzin za cienka, by chronić cię przed tym wilkiem melancholii i przygnębień. Niema wspólniczka snu, w której schronienie znajduje nie jawa, gdy pijesz pierwszą poranną kawę, próbując się dobudzić. Na niej senne echa dotyku i zapachu próbują bawić się z tobą w chowanego. W ten sposób spędzasz poranek w na wpół sennym rozleniwieniu i niespokojnym napięciu jednocześnie. Rozdarta między grzeszysz w mojej głowie i Nie śnij się. nie śnij. W którymś śnie się utop tak ostatecznie i nie przyśnij już się. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie, mówi obca twarz w lustrze, wzruszając obojętnie ramionami. Zima przyszła niepostrzeżenie, swoją obecność oznajmia teraz nie śniegiem i zimnem, a ciągiem napierających na ciebie skojarzeń. Budzi się z zimy rozedrgany ustrój.

{ Ona. Odrobina śmiechu. Jak mogłabyś nie kochać tej piosenki? }

dwudziesty piąty/szósty grudnia.

Komentuj (4)
Księżyc nakręca swoją maszynę snów.
Patrzą na mnie twoimi oczyma
największe gwiazdy.
I tak jak cię kocham, sosny na wietrze
chcą wyśpiewać twoje imię
Święta przychodzą i odchodzą, senność zaciera ich granice tak, że nie sposób określić, kiedy mija czas. Z resztą, one same rozmywają się w chaosie roztapiającej się bieli, stert książek na stole, konwersacji splatanych ze sobą czernią wieczorów. Pijesz advocaata - nie powoli i nie małymi łykami. Ciepło cię rozleniwia, spod półprzymkniętych powiek obserwujesz gwiazdozbiór choinkowych lampek zawieszonych o wiele za nisko na tym nierealnym nieboskłonie. Neruda do ciebie mówi, Madrygał zimą pisany rzuca cienie na twoją skórę, opiera się o rzęsy, haczy o paznokcie. Myślisz, że gdzieś za oknem dni podlegają zapętleniu, gdzieś tam nieśpiesznie idziecie przez wieczór, a zimny wiatr pokrywa skórę rumieńcem, drażni chłodne wargi, przesuwa kosmykami włosów po twojej twarzy.

{ To, to lub to. Książka. Wieczór. }

2018
czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2017
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2016
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2015
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2014
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2013
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2012
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2011
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2010
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2009
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
2008
grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec

Claudia & Thecorations.eu.